Życie w harmonii

dr hab. inż. arch. Radosław Barek z Instytutu Architektury, Urbanistyki i Ochrony Dziedzictwa Politechniki Poznańskiej

W rewitalizacji chodzi o poprawę jakości życia mieszkańców zdegradowanego obszaru. Nie można tego robić bez ich udziału i zaangażowania. A zaangażują się dopiero wtedy, gdy będą przekonani, że to nie jest proces narzucony z zewnątrz. Społeczność musi mieć realny wpływ na to, co się będzie działo z nią i w jej otoczeniu – mówi dr hab. inż. arch. Radosław Barek* z Instytutu Architektury, Urbanistyki i Ochrony Dziedzictwa Politechniki Poznańskiej.

Co powinniśmy rewitalizować: domy, ulice, ludzi? 

Etymologia pojęcia „rewitalizacja” – pochodzącego od łacińskiego re vitae, czyli „przywrócenie do życia”, „ożywienie” – wskazuje, że powinniśmy zaczynać od ludzi. Praca z ludźmi ujawnia, jakie deficyty występują w relacjach między nimi samymi oraz w relacjach z otoczeniem, jakie są preferencje i potrzeby materialne danej społeczności. W dalszej kolejności należy zadać sobie pytanie, jakie należy stworzyć ramy przestrzenne do tego, by wesprzeć ten proces. Czy potrzebne jest miejsce spotkań, choćby jakaś sala? Czy trzeba poprawić estetykę otoczenia, by ludzie poczuli z nim związek, by mogli bez wstydu powiedzieć, że są u siebie?

Czy ten proces może być planowany bez ich udziału? 

W żadnym wypadku. Na pierwszym miejscu są ludzie i ich problemy. W rewitalizacji chodzi o poprawę jakości życia mieszkańców zdegradowanego obszaru. Nie można tego robić bez ich udziału i zaangażowania. A zaangażują się dopiero wtedy, gdy będą przekonani, że to nie jest proces narzucony z zewnątrz. Społeczność musi mieć realny wpływ na to, co się będzie działo z nią i w jej otoczeniu. Program rewitalizacji, strategia wprowadzania zmian nie mogą tracić z widoku problemów ludzi.

Jaki powinien być pierwszy krok w pracy z mieszkańcami? 

W trakcie swoich prac studyjnych w terenie zorientowałem się, że podstawowym deficytem, a jednocześnie pierwszą potrzebą jest stworzenie miejsca do spotkań. Często wyjeżdżam z grupami studentów architektury na działania warsztatowe. Tworzą oni plansze, szkice, rysunki związane z architekturą miejscowości. Gdy chcemy następnie zrobić wystawę tych prac i pokazać je mieszkańcom, okazuje się, że nie ma takiej przestrzeni. Słyszymy wówczas: „W naszej miejscowości kulturą, jakimiś wystawami to nikt nie jest zainteresowany”. No ale czy ktokolwiek próbował stworzyć takie warunki? Istotne jest wykształcenie takiego nawyku. Tego nie można zrobić w parę tygodni, miesiąc ani nawet rok.

Jak dużo czasu potrzeba, by społeczność zaczęła wspólnie działać? 

Zacznijmy od tego, że warto jest wprowadzić do środowiska animatorów. Ich zadaniem jest uruchomienie w ludziach chęci do wprowadzania zmian. Animowanie, wskazywanie drogi, edukacja – może trwać nawet trzy lata, nim społeczność zorganizuje się i nauczy podejmowania autonomicznych działań. Jej członkowie wejdą na poziom wyżej, gdy zobaczą, że jako pojedyncze osoby niewiele mogą, ale jako grupa, stowarzyszenie są już inaczej postrzegani, stanowią większą siłę. Takiej organizacji jest łatwiej niż pojedynczej osobie sięgnąć po dofinansowanie na jakąś inicjatywę. I to będzie moment przełomowy. Bo dotychczas ktoś z zewnątrz coś wnosił, inspirował. Brakuje jeszcze wiedzy, w co powinniśmy dalej inwestować, o czym myśleć na wyższym poziomie. Ale skoro udało nam się stworzyć np. jakiś festiwal (jak w małej miejscowości Łącko na Pomorzu Zachodnim), który z roku na rok przyciąga coraz więcej osób, to może uda się coś jeszcze. Teraz możemy już sami startować. Może to już jest moment na wyjście ze swojego podwórka i pomyślenie o zmianach na ulicy, w dzielnicy czy miejscowości.

Z jednej strony bezrobocie, ubóstwo, wyższa przestępczość, z drugiej – niszczejące budynki, pustoszejące lokale i zakłady, degradacja przestrzeni. Mamy dwa nakładające się na siebie kryzysy.  

My kształtujemy przestrzeń, a następnie przestrzeń nas kształtuje. To są współzależne rzeczy – działania ludzi i otaczająca ich przestrzeń. Jeżeli coś się dzieje nie tak z przestrzenią, ludzie nie czują się odpowiedzialni za miejsce, uciekają. Jeżeli żyjemy w zharmonizowanej okolicy, to chce nam się pracować i wypoczywać w tej przestrzeni, robimy wszystko z radością. Ten entuzjazm pozwala osiągać lepsze efekty.

Bardzo ważne są zatem działania w przestrzeni. 

Tak, ale nie zapominajmy o procesie uruchomionym w ludziach i o celu rewitalizacji. W dużych ośrodkach bywa, że czynnik komercyjny wysuwa się na pierwszy plan. Towarzyszy temu chęć szybkiego zysku. Wyobraźmy sobie miejscowość, która ma trochę atrakcji, ciekawych obiektów, ale jest zaniedbana. Zostają przeprowadzone inwestycje, które mają to zmienić. W strategicznych miejscach ceny czynszów tak rosną, że nikt z potrzebujących nie rozpocznie tam własnego biznesu. Może robić coś na peryferiach, w sąsiedniej miejscowości, ale nie na swojej ulicy.

Programy rewitalizacji, które rodziły się na Zachodzie w latach 70. XX w., zakładały przede wszystkim zablokowanie wzrostu cen czynszów i gruntów. To pozwalało koncentrować się na pracy z ludźmi. W Polsce mniej więcej od 20 lat mówimy o rewitalizacji, ale dopiero w warunkach nowej ustawy próbuje się to regulować [np. przez utworzenie specjalnej strefy rewitalizacji – przyp. red.].

Gdy obserwuję zmiany zachodzące w centrach większych polskich miast, dostrzegam tam proces „dewitalizacji”. Byli mieszkańcy, z którymi można było pracować, którzy chętnie angażowali się w proces konsultacji. Po czym czynnik komercyjny spowodował, że musieli się stamtąd wyprowadzić. Przybyli nowi mieszkańcy, ale oni są w większości nastawieni na obserwację: co nam ta rewitalizacja dalej uporządkuje, czy będzie nowy chodnik, czy odmalują fasadę, czy będziemy mieli ładniejszy widok. Tylko że takie nastawienie nie za wiele ma wspólnego z angażowaniem się w budowanie społeczności.

Czy to jest jeszcze proces ożywiania, skoro małe, lokalne, oddolne inicjatywy nie mają szans na rozwój? Ktoś potrafi rzeźbić, malować, ale jego status finansowy nie pozwala na to, by otworzyć atelier w swojej okolicy. Dlaczego on w strefie centralnej, która powinna być otwarta, nie może zaistnieć? Udostępnienie przestrzeni tego typu osobom pozwoliłoby im zdobywać środki na utrzymanie. Nie chodzi więc o wielką ekonomię i dużych inwestorów. Ale o takie rozwiązania, które pozwolą ludziom na utrzymanie się i pracę. To bardziej kieruje uwagę na ekonomię społeczną.

W takim razie co robić, żeby o przestrzeni można było mówić, że jest wspólna i służy wszystkim – nie tylko tym, którzy mają pieniądze? Jakie działania mogą prowadzić sami mieszkańcy? 

Podstawowe znaczenie ma ustawiczna edukacja o przestrzeni, która powinna mieć praktyczny i bliski codzienności wymiar. Zmiany zacznijmy od zagospodarowania podwórka. Przyjrzyjmy się, czy mieszkańcy mają jakieś miejsce, w którym mogą razem usiąść i porozmawiać. I bez dużych finansów można wiele zrobić. A przede wszystkim poprzez działanie można budować więzi. W takiej grupie powinna się znaleźć osoba, która czuje czy rozumie pewne relacje estetyczne, zasady organizowania przestrzeni, budowania harmonii, ale nie może narzucać swojego zdania i koncepcji. Ważne jest wsłuchanie się w potrzeby innych (może to być np. jakiś stoliczek na podwórku albo grill). Znam ciekawy przykład ze wschodnich Niemiec – do kamienicy wprowadził się nowy mieszkaniec. Miał trudności w nawiązaniu relacji z sąsiadami. Zbudował z cegieł piec, w którym zaczął wypiekać chleb. Zapach pieczywa zaczął przyciągać ludzi. Tak zaczęła się integracja społeczności w przestrzeni podwórka.

Ważne, by edukacji towarzyszyły praktyczne działania, choćby w niewielkiej skali fizycznej, materialnej. Wiedza o ładzie będzie miała wówczas odzwierciedlenie w czymś, co można dotknąć, zobaczyć. Żeby ludzie mogli powiedzieć: tak, my to zmieniliśmy. Taki szybki i widoczny efekt dają np. murale. To niedroga forma integrowania ludzi. Takie warsztaty przeprowadziliśmy w zachodniopomorskiej gminie Złocieniec w trakcie przygotowywania programu rewitalizacji. W poszukiwaniu tematyki dla muralu pomocne były rozmowy z mieszkańcami, analizowanie starych fotografii i warsztaty rysunkowo-malarskie z dziećmi i młodzieżą. Iluzoryczna przestrzeń muralu zbudowana została z nieistniejących elementów architektonicznych (np. zamku), ale i z tych zaobserwowanych podczas warsztatów. W namalowanej galerii ważnych postaci znaleźli się m.in. fotograf Czepe, złocieniecka orkiestra, Krzysztof Myszkowski, twórca SDM oraz przedwojenna para grająca na katarynce. Mural, w którego tworzeniu aktywnie uczestniczyła lokalna społeczność, stał się punktem odniesienia do rozmów o historii tej miejscowości, jej mieszkańcach, o tym, jak kształtować jej przestrzeń. Iluzja i kompozycja skłaniały do zastanowienia, czy nie można w taki malarski sposób kształtować innych przestrzeni w mieście. Może być to zatem taka niekonwencjonalna powszechna edukacja przestrzenna, praca nad budowaniem ładu przestrzennego. 

Edukować się powinni nie tylko mieszkańcy, ale też decydenci. Nowo przebudowane rynki w miastach często są kompletnie nietrafione. 

To prawda, „rewitalizacja” rynku wiąże się najczęściej z wybudowaniem fontanny, wycięciem wszystkich drzew i zrobieniem „patelni”. Wcześniej ludzie szukali cienia, teraz mało kto tam siedzi. Wiele się dziś mówi o poprawie estetyki, o ładzie przestrzennym, natomiast wiedza na temat kształtowania przestrzeni, zasad kompozycji urbanistycznej, budowania harmonii barw, proporcji i skali zabudowy jest obecnie w zaniku. Sprawiły to po części pewne regulacje prawne, które zlikwidowały uprawnienia urbanistyczne. Choć też niedoskonałe, bo zawężające decyzje do pewnej grupy zawodowej. Ale wśród tych, którzy tworzyli plany zagospodarowania, było więcej ludzi z wykształceniem architektonicznym, z ukształtowaną wyobraźnią przestrzenną. Dziś te proporcje się odwróciły. Planiści operują bardziej na płaskim obrazie – na papierze lub ekranie, natomiast ten trzeci wymiar jest niedostrzegany albo zapisywany bez wyobraźni przestrzennej.

Edukacja, zmiana mentalności ludzi musi się dokonywać poprzez praktyczne działania. Zbudowanie tego zasobu wymaga czasu, specjalistów, animatorów. Niegdyś pożyteczny projekt „Dialog z otoczeniem” realizowało Stowarzyszenie Akademia Łucznica. Wiedzę o ładzie przestrzennym od paru lat próbuje popularyzować Stowarzyszenie Architektów Polskich. Nie udało się, niestety, wprowadzić do programów powszechnej edukacji wiedzy o kształtowaniu przestrzeni. To poważny mankament – bo teraz, gdy mamy bardzo krótki czas decydowania o programach rewitalizacji, często brakuje osób, które potrafią wskazać hierarchię działań w kształtowaniu przestrzeni.

Wiele programów rewitalizacji powstało przy biurku. Brakuje nie tylko profesjonalnej analizy przestrzeni, ale i autentycznej partycypacji społecznej. Głównym sprawcą jest pośpiech. 

Proces konsultacji u nas raczkuje. Wiele z nich odbywa się po to, by można było odhaczyć, że je przeprowadzono. Tam, gdzie odbywają się po raz pierwszy, organizatorzy wychodzą z założenia: no, dobrze, ludzie wypowiedzieli się, a teraz my wiemy, co dalej robić. Tymczasem brakuje analizy zwrotnej wiedzy, którą uzyskano od społeczności lokalnej. Oczywiście, są pozytywne przykłady, jak choćby omawiane na konferencji zorganizowanej przez Urząd Marszałkowski w Łukęcinie Cedynia i Gryfice czy wspomniany przeze mnie Złocieniec.

Programy powstały. Czy jest za późno, by poprawiać niedociągnięcia, zaniechania dotyczące choćby partycypacji społecznej? 

Tworzenie programu było okazją do pierwszego spotkania. To dobry punkt wyjścia – kontynuujmy te spotkania niezależnie od tego, czy już nam dano dotację na jakieś projekty. Wciąż możemy się wspólnie zastanawiać, jakie działania prowadzić ze społecznością, jak zmieniać nasze otoczenie, by żyło się lepiej. W ten sposób się poznajemy, budujemy więź. Z tego zrodzi się coś nowego, co być może zmieni hierarchię działań zapisanych w programie rewitalizacji. Realizację programów i tak trzeba monitorować, a wprowadzanie zmian jest możliwe. Pośpiech jest złym doradcą – pewnych procesów, w których ma uczestniczyć społeczność zwłaszcza z obszarów problemowych, nie da się przyspieszyć.

Dla wielu miejscowości to dobry początek – dotychczas rozproszone środowiska zostały sprowokowane do spotkania w jednej sali i pomyślenia o jednym temacie i wspólnej przyszłości. Jeżeli nawet nie zgadzają się na te rozwiązania, to i tak może być to zalążkiem budowania społeczności, która chce się zatroszczyć o wspólną przestrzeń. Łączenie tych różnych osób i punktów widzenia, zderzanie pomysłów jest korzystne. Tak powstawały wioski tematyczne na Pomorzu Zachodnim.

Szerzej znane są Wioska Hobbitów (Sierakowo Sławieńskie), Wioska Końca Świata (Iwięcino), Wioska Labiryntów i Źródeł (Paproty), Wioska Zdrowego Życia (Dąbrowa) czy Wioska Bajek i Rowerów (Podgórki). A jak to było z Łąckiem, gdzie powstał Jarmark Szachulcowy?  

Łącko leży na krańcach województwa zachodniopomorskiego. Blisko znajdował się poligon, więc o turystyce nie było mowy. Na początku lat 90. XX w. upadły PGR-y, SKR-y, ludzie zostali bez pracy. Większość rodzin obecnych mieszkańców przybyła do Łącka po 1945 r., a więc nie czuli związku z przestrzenią, którą tu zastali.

Pierwszy plener malarski zorganizowaliśmy tam w 2000 r. Rok później robiłem inwentaryzację ze studentami. Ktoś z mieszkańców przyniósł fruwającą po wsi kartkę, która spadła z tablicy ogłoszeń: „To chyba dla was”. Była na niej informacja, że Fundacja Wspomagania Wsi ogłosiła konkurs dotyczący promocji dziedzictwa kulturowego. Napisaliśmy projekt i dostaliśmy niewielkie dofinansowanie. Postanowiliśmy ocalić od zapomnienia architekturę szachulcową zabudowań, a także technikę budowy. Bardzo duży był wkład mieszkańców: praca, przywiezienie materiałów, składanie się na kamienie, fundamenty. Z tych rzeczy, które wykonaliśmy na miejscu, powstało mikromuzeum. Ludzie poznali technologię, w której budowano ich domy.

Proces orientowania się mieszkańców na architekturę miejsca trwał wiele lat. Dziś kilka najbardziej zaangażowanych osób działa w agroturystyce. Wyremontowali budynki, wynajmują pokoje. W sezonie trudno się tam dostać. To przykład, gdzie temat architektury szachulcowej – w kontekście sąsiedztwa z Krainą w Kratę – przyjął się w tej wiosce i przerodził w coroczny festyn szachulcowy. Ludzie wreszcie docenili dziedzictwo kulturowe tego miejsca, zaczynają się z nim identyfikować. Parę domów udało się wyremontować. Inne naśladują ten sposób budowania. Można z tego żyć.

Rozmawiał Jerzy Gontarz

*na zdjęciu Radosław Barek na tle trójwymiarowego muralu na poznańskiej Śródce „Opowieść śródecka z trębaczem na dachu i kotem w tle”, którego jest autorem koncepcji